Między ziemią a niebem – Meteory

            Meteory to znajdujące się w środkowej Grecji, zbudowane z piaskowca i zlepieńca masywy skalne. Formacje geologiczne przywodzą na myśl zastygłe bez ruchu olbrzymy. Wyrastają one pionowo z ziemi, a wysokość najwyższych sięga powyżej 500 m n.p.m. Wokół zauważyć można masywne szczyty górskie ozdobione ostrymi graniami. Trudno uwierzyć, że 40-45 milionów lat temu teren był zalany pradawnym morzem. Prócz walorów geograficzno – krajobrazowych rejon słynie z atrakcji architektoniczno – historycznych czyli kompleksu 24 świątyń prawosławnych, wybudowanych w wielkim trudzie na monumentalnych, skalistych wzniesieniach.

            Na miejsce docieram prosto z Aten. Obydwa punkty na mapie Grecji w linii prostej dzieli jakieś 200 kilometrów. W Polsce pokonanie takiego dystansu samochodem, po dobrej drodze zajęłoby 2-3 godziny. Tutaj podróżuję jednak pociągiem, a trzeba pamiętać, że kraj ten jest w dużym procencie górzysty lub pagórkowaty. Dlatego droga zajmuje 5 godzin.  By jak najlepiej wykorzystać czas, wyruszam wcześnie rano, a ponieważ grecka kolej jest dość dobrze zorganizowana, sprawnie docieram na miejsce.

            Wysiadam z pociągu w miejscowości o nazwie Kalambaka. To spokojne miasteczko liczy dziś około 11 tysięcy mieszkańców. Tutejsi zasłynęli walką z Turkami o niepodległość Grecji w roku 1854. W sezonie wakacyjnym przyjeżdża tu wielu turystów z całego świata. Ponieważ mamy pierwszą połowę listopada, dziś nie ma ich wielu. Dzień jest ciepły, aczkolwiek pochmurny i dość wietrzny. Nie jest to jednak dla mnie żadną przeszkodą. Szybko odnajduję umówionego przewodnika, który będzie przybliżał historię klasztorów w Meteorach.

            Meteory można zwiedzać na kilka różnych sposobów. Sporo ludzi przyjeżdża tu autokarami w dużych i zorganizowanych grupach, co jednak dla innych jest formą dość mocno ograniczającą. Część osób decyduje się na niezbyt kosztowny wynajem samochodu, by odbyć indywidualną objazdówkę po okolicy. Inna grupa, zapewne ta o dobrej kondycji, decyduje się przemierzyć cały obszar na własnych nogach. Ze względu na rozległy teren i trudną topografię, należy pamiętać, że jeden dzień na taką formę nie wystarczy. Ja postanowiłem dołączyć do niewielkiej grupki oprowadzanej przez lokalnego przewodnika, dysponującego minibusem. Dzięki temu unikam pośpiechu tak charakterystycznego dla zorganizowanych grup, a jednocześnie jestem w stanie sprawnie przemieszczać się pomiędzy poszczególnymi punktami, co ważne, gdyż nie mam do dyspozycji dużej ilości czasu. Moja grupa to prawdziwie międzynarodowe towarzystwo. Jest nieśmiała para młodych ludzi z Singapuru, starsze małżeństwo pochodzące z któregoś z państw wschodniosłowiańskich oraz ubrana na sportowo, uśmiechnięta i otwarta na innych Kanadyjka.

            Według legendy, pierwszy z klasztorów czyli Wielki Meteor, został założony przez św. Atanazego, który na szczyt skały miał wznieść się na skrzydłach olbrzymiego orła. Rzeczywistość okazuje się bardziej prozaiczna, ale nie mniej ciekawa. W czasach wojen pomiędzy Bizancjum, a Serbią, trudne, górskie tereny były znakomitym miejscem, by w spokoju i bez obaw przed prześladowaniami móc oddać się pustelniczej modlitwie. Pierwsi pustelnicy wkrótce znaleźli naśladowców, czego następstwem było podjęcie decyzji o budowie pierwszych monastyrów czyli prawosławnych klasztorów. Wspomniany Wielki Meteor, założony został w roku 1336. Jestem pełen podziwu dla budowniczych. Budowlanka nie dysponowała wtedy znanymi współcześnie technikami, więc wznoszenie konstrukcji na szczytach pionowych skał było niełatwym zadaniem. Początkowo na górę nie prowadziły żadne schody więc dzielni mnisi i robotnicy cały materiał, jak i siebie samych transportowali w górę na linach. Liny czasami pękały i zdarzało się, że w ten sposób ktoś poniósł śmierć. Wydaje się zatem prawdopodobne, że gdy zapytano kiedyś jednego z mnichów jak często wymienia się liny, miał odpowiedzieć: „Wtedy, kiedy się zerwie.” A przecież przedtem ktoś jeszcze musiał wejść na górę o własnych siłach, aby te liny zamontować.

            Klasztorne życie rozwijało się, a na wiek XVI przypadły lata jego świetności i największego bogactwa. Zyski pochodziły głównie z posiadłości ziemskich oraz darom jakie mnisi otrzymywali od okolicznych władców. Niestety, jakiś czas później duchowni zaczęli większe znaczenie przykładać do dóbr doczesnych niż wiecznych. Wybuchły konflikty pomiędzy zgromadzeniami klasztornymi, każdy zaczął uważać się za najważniejszego i tak odejście od ducha Ewangelii sprawiło, że od XVIII wieku rozpoczął się powolny upadek monastyrów.

            Przewodnik, którego brat jest mnichem w jednym z okolicznych klasztorów, opowiada co nieco o mnisim życiu. Przez wiele wieków, aż do dzisiejszego dnia rytm życia wyznaczają praca, modlitwa i odpoczynek. Porę, która dla mnie jest środkiem nocy, mnisi uznali za idealną na pobudkę. Wstają oni już o 4 w nocy, aby zaraz udać się na pierwsze modlitwy. Następnie jedzą śniadanie, po czym rozpoczynają swoje codzienne prace, przerywane regularnie wspólną modlitwą. Monastyczny dzień kończy się już o 20.

            Nie wszystkie klasztory uchowały się do czasów teraźniejszych, a dostępnych dla zwiedzających jest tylko 6. Dużą popularnością cieszy się Wielki Meteor, a chcąc być dokładniejszym, Klasztor Przemienienia Pańskiego. Od 1940 roku podlegają mu wszystkie inne klasztory. Wybudowano go na szczycie skały liczącej od podnóża 250m, a prowadzą do niego 192 schody wykute w skale dopiero w 1920 roku. Tutaj przechowuje się ważne dokumenty, relikwie czy ikony. Ponadto wewnątrz można zobaczyć cerkiew, muzeum sakralne, gdzie niegdyś prowadzone było hospicjum, a także kaplicę czaszek, w której złożono szczątki mnichów.  Warto zajrzeć na wieżę, gdzie znajdują się różne sprzęty gospodarcze, także te używane do produkcji wina. Do tej świątyni, jak i każdej innej wchodzącej w skład kompleksu klasztorów, należy wchodzić w długich spodniach/spódnicy oraz zakrytymi ramionami. Zasada ta jest egzekwowana i w podkoszulku bez rękawów nikomu nie udało by się przemknąć.

            Mimo swego monumentalizmu, na mnie większe wrażenie robi bardziej kameralny klasztor Świętej Trójcy. Jest tu znacznie spokojniej o czym można przekonać się po pokonaniu wykutych pośród skał schodach. Budynek wybudowano w XV wieku na planie krzyża. Jest tu też najmniej zabytków. W tutejszej bibliotece i skarbcu znajdowało się wiele drogocennych dzieł sztuki, które w czasie II Wojny Światowej zrabowali Niemcy. To jednak nie koniec. W 1979 roku skradziono zabytkowy ikonostas, który powędrował pewnie gdzieś ku labiryntom czarnego rynku. Robię parę zdjęć, ale nie we wszystkich pomieszczeniach. Mieszkańcy monastyru proszą, aby w niektórych miejscach nie wykonywać fotografii. Choć swobodnie mógłbym je zrobić, ponieważ nikt mnie nie obserwuję, z szacunku dla gospodarzy chowam aparat do kieszeni.

            W drodze wstępujemy jeszcze do Monastyru Varlaama. Nazwa pochodzi od św Warłama, który w tym miejscu, prawdopodobnie w roku 1350, jako pierwszy założył swoją pustelnię, przekształconą później w niewielki klasztor i mieszkania dla kilku mnichów. Wchodzę do części kościelnej i widzę jak jakiś mnich wyśpiewuje niskim głosem prawosławne pieśni religijne w czym wtórują mu tutejsze starsze panie. Całe pomieszczenie wypełnia zapach świec i kadzideł, a modlitwy zapewne docierają do postaci spoglądających ze znajdujących się wokoło ikon.

            Grecy to w jakichś 90% wyznawcy prawosławnej odmiany chrześcijaństwa. Stałym wystrojem każdego kościoła – od najmniejszego do tych największych – są ikony. Ich zbiór tworzy tzw. ikonostas, czyli ścianę w środkowej części kościoła, za którą wstęp ma jedynie kapłan. Ów prawosławny kapłan, czyli pop, może mieć żonę. Nie zdziwmy się też, gdy pop powie nam, ze rozwody są dozwolone, nie ma spowiedzi indywidualnej albo gdy przy wejściu do cerkwi zobaczymy, ze ludzie żegnają się lewa ręką. Co prawda też kiedyś żegnałem się w ten sposób, jednak przyczyną nie była prawosławna wiara, ale złamana prawa ręka. Nie wiem jakie są procentowe wartości jeśli chodzi o gorliwość Greków, ale wydaje mi się, że są dość religijnym narodem. Podróżując po kraju w cerkwiach zawsze widziałem modlące się osoby, a któregoś razu ktoś spontanicznie zaproponował mi, że się za mnie pomodli.

            Kolumny i ściany monastyru Varlaama pokrywają malowidła, które przedstawiają pustelników, sceny męczeństwa oraz Sądu Ostatecznego. W dawnym refektarzu – czyli pomieszczeniu, które służyło jako jadalnia – dzisiaj jest urządzone muzeum, w którym zobaczyć można dawne meble, habity, krzyże, rękopisy czy liturgiczne akcesoria. Pomiędzy budynkami klasztornego kompleksu znalazło się nawet miejsce na niewielki ogródek gdzie rośnie kilka skromnych drzewek i krzaków.

            Trudno mi oderwać wzrok od niezwykłego, górskiego krajobrazu. Ukształtowany został on kilkadziesiąt milionów lat temu. W jaki sposób powstał? Wiele lat temu cały obszar zalany był morzem Pindos. Ponad jego powierzchnię wystawały jedynie najwyższe szczyty górskie. Ich pasmo istnieje do dziś i ciągnie się przez Półwysep Bałkański, Półwysep Peloponez, dalej znika w Morzu Śródziemnym, by ponownie pojawić się nad wodą jako wyspa Kreta. Górskimi strumieniami do morza spływał materiał skalny jaki tworzył się w wyniku erozji, po czym osiadał on na dnie. Woda systematycznie wymywała mniej trwały materiał, pozostawiając ten trwalszy. Gdy morze wycofało się, odsłoniło skały, których siła wody nie była w stanie wymyć.

            Przy każdym z klasztorów kręci się pełno kotów. Jeden odpoczywa na murku, inny łasi się do turystów, a jeszcze inny z zaciekawieniem rozgląda się szukając czegoś do jedzenia. Ich widok jest dość powszechny w całej Grecji. Tak jak u nas wszechobecne są gołębie, tak tam niemal wszędzie można zobaczyć bezpańskie koty dodające pewnego kolorytu zarówno dużym miastom jak i mniejszym miasteczkom poza turystycznymi szlakami. Takiemu stanowi rzeczy sprzyja ciepły klimat, pozytywne nastawienie większości ludzi do tych zwierząt i to, że przy licznych knajpach i restauracjach zawsze znajdzie się coś do jedzenia. Turyści często nie wiedzą, że kotów takich nie powinno otaczać się zbytnią opieką. Nie jest to objaw braku wrażliwości, a troski o te zwierzęta. Gdy bowiem przyzwyczają się do tego, że ludzie zawsze się nimi zajmą, instynkt przetrwania zostanie w nich uśpiony i znajdą się w niemałym kłopocie gdy po pewnym czasie turyści wyjadą, a aura zrobi się chłodniejsza.

            Meteory słyną z jeszcze jednej rzeczy. Kręcono tutaj jeden z odcinków Jamesa Bonda, a dokładnie ten z Rogerem Moorem. Wiąże się z tym dość śmieszna historia. Za możliwość kręcenia w tym świętobliwym miejscu, filmowcy zapłacili lokalnemu biskupowi. Jednak ani biskup, ani filmowcy nie uzgodnili tego z mnichami. Ci musieli zatem przeżyć niemałe zdziwienie gdy pewnego dnia zobaczyli u siebie kamerzystów, aktorów, dźwiękowców rekwizyty i kilometry kabli. Gospodarze w świętym oburzeniu skierowali sprawę do Sądu Najwyższego, a ten podjął dyplomatyczna decyzję orzekając, że co prawda mnisi są właścicielami klasztorów, ale okoliczny krajobraz to już własność samorządu, który miał prawo taką zgodę wydać. Duchowni na znak protestu, na czas kręcenia filmu powywieszali pranie gdzie tylko się dało, aby jak najbardziej oszpecić bondowskie kadry.

            Meteory były niegdyś miejscem duchowego rozwoju i poszukiwania sensu życia. To ważny punkt dla greckiej kultury i greckiego kościoła. Mimo że we współczesnych czasach do klasztorów wstąpiło wielu młodych ludzi obeznanych z tym co dzieje się na świecie, aspekt duchowy zszedł chyba na dalszy plan. Cztery główne monastyry są dziś bardziej zabytkami kultury niż ośrodkami życia religijnego. Święty Atanazy zapewne nie wleciał na szczyt skały siedząc na olbrzymim orle. Jednak bez wątpienia dzięki niemu powstało miejsce o niemałym wpływie na dzisiejszą Grecję.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

https://moimrytmem.pl/newsletter/