Sport po skandynawsku – Sztokholm Maraton 2022

            Sztokholm Maraton to jedna z największych imprez lekkoatletycznych w Europie. Organizowany jest od roku 1979. Jego meta znajduje się na malowniczym Stadionie Olimpijskim wybudowanym w roku 1912. W 2022 zmierzyłem się z jego trasą.

Globalny paraliż

            Przygotowania do przygody zacząłem w 2019 roku planując start na 2020. Gdy już bilety lotnicze i hostel były zarezerwowane, świat został sparaliżowany przez epidemię wirusa, a być może w jeszcze większym stopniu przez epidemię strachu. Strachu niedobrego, który często pojedynczym osobom oraz większym i mniejszym grupom społecznym przyćmił lub odebrał zdolność rzetelnej oceny sytuacji.

            Hostel i bilety lotnicze udało się odwołać, choć na zwrot pieniędzy za transport przyszło poczekać 2 lata. Organizatorzy zawodów okazali się w porządku i automatycznie przepisali opłatę startową na kolejny rok. 2021 znów jednak okazał się bardzo niepewny. Zacząłem już godzić się z tym, że trzeba będzie odpuścić, wpisowe za maraton przepadnie, a plan startu odłożyć na bliżej nieokreślony czas. Podróżowanie wiązało się z różnymi dziwnymi ograniczeniami, certyfikatami i kwarantannami. Chora sytuacja…

            Pewnego jesiennego popołudnia wracałem z Piotrem, kolegą, który miał ze mną lecieć do Szwecji, z zawodów organizowanych w jednej z podpoznańskich miejscowości. Opowiedział mi o tym jak niedawno wysłał meila do organizatorów czy jest możliwe przeniesienie wpisowego o kolejny rok ze względu na niepewną, covidową sytuację. Prośbę przyjęli, więc jeszcze tego samego dnia wieczorem wysłałem taką samą wiadomość, a dwa dni później otrzymałem pozytywną odpowiedź. Czyżbyśmy taki pozytywny obrót sytuacji zawdzięczali takim typowo skandynawskim cechom jak chęć do pomocy i nie przejmowanie się błahymi sprawami?

Sztokholm panorama

Zielone światło

            Luty roku 2022. Nie pamiętam czy wiadomość tę usłyszałem w radiu czy podczas jakiejś rozmowy. Istotne było to, że Szwecja jako jeden z pierwszych krajów znosi ograniczenia covidowe związane z wjazdem na teren ich kraju. Uznali, że globalny wirus osłabł już na tyle, że przypomina bardziej przeziębienie, a w związku z tym dalsze obostrzenia nie mają sensu. Zawsze uważałem, że Skandynawowie do wielu spraw mają bardzo mądre podejście. Tym samym po dwóch latach możliwość swobodnego startu stanęła otworem.

            Staram się biegać systematycznie przez cały rok. Warunki zewnętrzne nie mają większego znaczenia. Chcąc jednak ukończyć maraton w dobrej formie wiedziałem, że muszę zwiększyć intensywność. Korzystałem ze schematu trzech treningów tygodniowo. Jeden z nich to krótki dystans, nie więcej niż 6-7 kilometrów ale szybkie tempo. Drugi to mniejsza intensywność, ale zwiększony dystans do około 10-12 kilometrów. Trzeci to dłuższe wybieganie sięgające w moim przypadku około 20 kilometrów. Do tego ćwiczenia siłowo – ogólnorozwojowe. Skłamałbym mówiąc, że plan zrealizowałem w 100% jednak z grubsza udało mi się go trzymać przez całe 3 miesiące zwiększonych przygotowań.

            Sporo pomogła mi również książka polskiego olimpijczyka Marcina Urbasia „Biegać każdy może”. Co prawda nie zastosowałem się do wszystkich zawartych w niej porad, jednak lektura realnie przyczyniła się do poprawy techniki biegowej i kilku nawyków treningowych.

W drogę!

            Nadszedł dzień wyjazdu. W czerwcowe, ciepłe popołudnie ruszam na dworzec kolejowy w Poznaniu. Tutaj spotykam się z moim kolegą Piotrem. Wsiadamy do pociągu, którym jedziemy do Gdańska. Stamtąd nazajutrz polecimy samolotem do Szwecji. Droga mija szybko. Piotr układał plan wycieczki. Ja głównie gapiłem się przez okno.

            Wieczorem docieramy do hostelu, robimy zakupy, a w pokoju otwieramy po piwie. Choć na następny dzień musimy wcześnie wstać, siedzimy jeszcze dłuższy czas rozmawiając, żartując, zastanawiając się nad mniej i bardziej życiowymi sprawami.

            Już o 6 rano wchodzimy na teren lotniska im. Lecha Wałęsy w Gdańsku. Do odlotu mamy jakieś 2 godziny. Czekając patrzę przez okno na odlatujące samoloty i czytam elektroniczne tablice wyświetlające w jakich kierunkach zabierają pasażerów, których mimo tak wczesnej pory, jest tutaj sporo.

Po godzinie lotu lądujemy na niewielkim lotnisku Skavsta, położonym gdzieś pomiędzy skandynawskimi wsiami. Stąd czeka nas jeszcze półtorej godziny jazdy autobusem. Na miejscu, spacerowym krokiem udajemy się ku obiektowi zakwaterowania. Jest to łódź przerobiona na niedrogi hostel. Odbieramy klucz i idziemy zanieść bagaż do pokoju. Ze zdziwieniem w środku zauważamy siedzącego w gatkach Brytyjczyka. Okazało się, że recepcjonista pomylił klucze, za co zakłopotany stokrotnie nas przepraszał.

Standard nie jest wysoki. Jest to typowa, mała kajuta z niewielkim okienkiem wychodzącym na jedną z tutejszych zatok. Niestety, gdzieś urwał się zaczep od okiennicy, więc chcąc je uchylić, muszę podpierać je doniczką z kwiatkiem. Kontakty z prądem są dość trudno dostępne i umiejscowione gdzieś w rogu pod sufitem. Śpiąc z kolei na górnej części piętrowego łóżka (która przypadła mnie, bo Piotr się bał) trzeba uważać, by przy wstawaniu nie huknąć się w głowę. Kto wie, może zobaczyłbym wtedy nie tylko gwiazdy, ale i skandynawską zorzę? Nie narzekamy jednak. Jest tanio. Za większy standard zapłacilibyśmy dużo więcej. Poza tym całe dnie planujemy spędzać na zewnątrz, a pokój służy jedynie jako sypialnia.

Autor centrum Sztokholmu

W Sztokholmie

            Stolica Szwecji robi bardzo pozytywne wrażenie. Jest tu czysto, wszystko jest uporządkowane i architektonicznie przemyślane. Podoba mi się również podejście do życia Skandynawów. Choć ludzie mogą sprawiać wrażenie nieco wycofanych i być może nieufnych, są jednak otwarci i pozytywnie nastawieni do drugiego człowieka. Panuje tu wysoki poziom kultury osobistej, drogowej, sportowej. Spotykamy się również z dużym szacunkiem do przyrody.  To wartości, które są bliskie i mnie.

            Późnym popołudniem wybieramy się do biura zawodów. Znajduje się ono koło Stadionu Olimpijskiego z roku 1912. To przykład na to, że solidny i dobrze przemyślany projekt może spełniać swoją funkcję przez długie lata. W roku 1909 Sztokholm otrzymał prawo do zorganizowania najbliższych Letnich Igrzysk Olimpijskich. Był jednak pewien problem. W mieście nie było ani jednego stadionu, na którym można by zorganizować tak duże wydarzenie. Władze postanowiły zatem wybudować tego typu arenę na terenie lokalnego kompleksu sportowego.

Samo biuro nie wyróżnia się specjalnie od innych biur ustawianych podczas innych zawodów na całym świecie. Odbiera się pakiet startowy z paroma gadżetami. Dalej przechodzi się do części wystawowej gdzie prezentują się producenci odzieży, sprzętu sportowego i wszelakich usług fizjoterapeutycznych. Szybko obchodzimy całość i wracamy na kolację. Zmęczeni podróżą idziemy wcześniej spać, choć następnego dnia startujemy dopiero o 11:00.

Dzień startu

            Budzimy się o 7:30 i idziemy na śniadanie. Zwykle przed dużym wysiłkiem niewiele jem, aby uniknąć obciążonego żołądka. Ponieważ jednak do startu jest kilka godzin jem normalnie. Wsuwam bułki, jakiś placek oraz płatki kukurydziane z mlekiem. Po spakowaniu ruszamy metrem w stronę Stadionu Olimpijskiego. Wagon jest w połowie zajęty przez sportowców. Zawsze podobała mi się ta atmosfera gdy zawodnicy wielką grupą reprezentowaną przez różne osobowości czy narody ruszają na miejsce startu. Nie trzeba wtedy ze sobą rozmawiać, ale da się wyczuć jakąś trudna do wyraźnego opisania jedność. Drogę postanawiam wykorzystać na przygotowanie mentalne. Zamykam oczy i odcinam się od otoczenia. Wizualizuję sobie przebieg zawodów i nakręcam na pozytywne myślenie.

            Po dotarciu na miejsce robimy sobie kilka pamiątkowych miejsc po czym udajemy się na boczny stadion treningowy. Tam zostawiamy rzeczy w depozycie. Mimo, że jesteśmy na północy Europy, słońce mocno praży. Chowamy się zatem pod zadaszoną trybuną.

Start

Około pół godziny przed startem ruszamy na rozgrzewkę. Przybijamy z Piotrem piątkę i wraz z kilkoma tysiącami ludzi ruszamy ku naszym strefom startowym. Ze względu na ilość ludzi podzielono nas na sektory. Kryterium to deklarowany czas przebiegnięcia. Najlepsi startują równo o 11, kolejne grupy w kilkuminutowych odstępach czasu. Jest ciepło, więc dogrzewać się nie trzeba. Rozmawiam chwilę z jakąś drobną Szwedką, a gdy przychodzi czas startu wciągam ciemne bryle towarzyszące mi na każdych zawodach (nawet jak jest pochmurno) i ruszam, by zmierzyć się z dystansem 42 kilometrów i 195 metrów. Jestem muzykiem więc szybko zauważam dziewczynę, która na barku ma wytatuowany logotyp Aviciego. Szwedzki artysta uważany jest przez swoich rodaków niemal za dobro narodowe. Sam lubię jego utwory które potrafią pozytywnie nastroić człowieka. Kto wie, może za ileś lat ktoś wytatuuje sobie i mój logotyp?

Sztokholm maraton rozdgrzewka przed startem

            Trasa to dwie pętle biegnące przez 14 wysp. Wytyczona jest szerokimi arteriami. Dzięki temu, mimo rzeszy zawodników, wszyscy płynnie przemieszczają się naprzód. Jak zwykle ruszam spokojnie. Lata startów nauczyły mnie, by nie dać ponieść się emocjom i nie ruszyć zbyt ostro. To kosztuje utratę sił w późniejszej części biegu. Pamiętam też o regularnym odżywianiu i nawadnianiu. Nie można dopuścić do tego, aby zaczęło mocno chcieć się pić lub jeść. Grozi to utratą sił, nieraz w najmniej oczekiwanym momencie.

            Skręcamy  ku ścisłemu centrum. Mijamy takie miejsca jak Ratusz, budynek parlamentu i kilka innych zacnych budowli. Cały czas dostrzegam kibiców, którzy głośno dopingują zarówno najlepszych jak i tych z końca stawki. Dla Szwedów dzisiejszy dzień to sportowe święto. Nie słyszałem aby ktoś narzekał na zablokowane miasto.

            Choć znajdujemy się daleko od najbliższych gór, nie można powiedzieć, że trasa jest płaska. Rzeźba terenu jest tu urozmaicona więc nitka biegu jest dość pofalowana, co dla wielu jest dodatkowym wyzwaniem.

Zielone miasto

Następne kilometry biegną poza obszarem miejskim. Biegniemy przez malownicze tereny zielone. Rozglądam się po rozległych łąkach gdzie w oddali można nawet dostrzec pasące się owce. Chwilę później wbiegam do liściasto – iglastego lasu, który daje nieco ochłody przed mocnym jak na północny kraj słońcem. Nic dziwnego, że często mający jasną karnację Szwedzi, ukończą bieg z czerwonymi twarzami i ramionami. Choć maraton to duży wysiłek, muszę przyznać, że widok otaczających mnie drzew działa bardzo relaksująco. Leśna sekcja kończy się kilkoma szerokimi zbiegami. Puszczam wtedy hamulec i pozwalam grawitacji ciągnąć się w dół, szybko mijając innych biegaczy. Dalej przemierzam dzielnicę gdzie wzdłuż ulicy wybudowano typowo skandynawskie, drewniane domy.  Momentami ciężko uwierzyć, że cały czas znajduje się w granicach administracyjnych wielkiego miasta.

Sztokholm maraton trasa

30 kilometr

            Zbliżamy się do 30 kilometra. Peleton biegaczy zdecydowanie się rozrzedził, choć zawodników i tak jest tylu, że nie ma mowy o tym, aby jakieś fragmenty biec zupełnie samemu. Widzę, że coraz większą część osób dotyka kryzys zwany słynną maratońską „ścianą”. Męczą się, pokonując kolejne kilometry, a jednak nie odpuszczają.

Czasem myślę o tym jak bardzo podziwiamy tych najlepszych, którzy zwykle pochodzą z takich państw jak Kenia, Etiopia czy Erytrea. Jesteśmy pod wrażeniem ich pracy, techniki i smukłej, a jednocześnie wysportowanej sylwetki. Jednak na nie mniejszy podziw zasługują też ci, którzy „zamulają” na końcu stawki. Zmagają się przy tym nieraz z ograniczeniami własnego ciała, nadwagą, mniejszym doświadczeniem, gorszym strojem, słabszą psychiką. Mimo tego wszystkiego nie cofają się przed śmiałym wyzwaniem i sytuacją, w której będą musieli stanąć z własnymi słabościami oko w oko.

Wkraczam w fazę ostatnich kilometrów. Czuję, że mięśnie są coraz bardziej zmęczone. Psychicznie jednak cały czas jestem się mocny. Czy to efekt porannych, mentalnych ćwiczeń z metra? Od startu biegnę równo i spokojnie. Na mecie okaże się, że pierwszą i drugą połowę pokonałem mniej więcej w takim samym czasie. Może to trochę tak jak w życiu? Najwięcej osiągają ci, którzy cierpliwie pracują i robią swoje, a nie tacy którzy szybko wyrywają do przodu chcąc osiągnąć jak najwięcej, ale i szybko tracąc siły.

Późnym popołudnie, słońce zaczyna tak grzać, że jeśli mam możliwość, biegnę bardziej zacienioną częścią drogi. Szczęśliwie ostatnie dwa kilometry idą poprzez szpaler drzew. Dostrzegam zawodniczkę z Polski. Widzę, że jest jej bardzo ciężko. Na moment zrównuję się z nią i daję kilka motywujących słów. Mam nadzieję, że pomogły jej w samej końcówce.

Ostatnie kilometry

W oddali widzę już stadion na którym znajduje się finisz. Zawsze powtarza się ten sam schemat. Nieważne jak człowiek jest zmęczony. Na końcu, nie wiadomo jak, ale można odnaleźć w sobie pokłady energii, które pozwalają jeszcze przyspieszyć. Dla mnie jest to dowód, że tak naprawdę granice naszych możliwości są dużo dalej niż nam się wydaje.

Wąską bramą wbiegam na arenę. Na trybunach widzę rozentuzjazmowane twarze kibiców. Słyszę ich okrzyki i to jak klaszczą. Nie chcę ich zawieść, podnoszę ręce do góry i jeszcze bardziej przyspieszam. Z czasem 4 godzin i 46 minut przekraczam linię mety bijąc swój osobisty rekord ustanowiony w czeskiej Pradze.

Tak trzeba żyć!

            Kiedy po paru dniach jedziemy na znajdujące się pod Sztokholmem lotnisko, myślę o kończącej się wyprawie i przeżytej sportowej przygodzie. Z jednej strony trochę szkoda odjeżdżać, a z drugiej cieszę się, że wracam do rzeczy, którymi zajmuje się na co dzień i gdzie czeka jeszcze wiele pomysłów do zrealizowania. Czas nie stoi w miejscu więc trzeba działać. Myślę też o przeszkodach jakie w ciągu minionych 2 lat stanęły na drodze ku temu, aby się tutaj znaleźć. Czasem, patrząc na pandemiczne okoliczności, rozsądek podpowiadał, żeby dać sobie spokój. Mimo to nie odpuściłem, nie uległem presji i zrobiłem swoje. Tak trzeba żyć!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

https://moimrytmem.pl/newsletter/